Pszczoła miodna a dzikie zapylacze korzystają z tych samych, ograniczonych zasobów nektaru i pyłku. Różnica polega na tym, że liczebność pszczoły miodnej w wielu miejscach zwiększa człowiek, ustawiając w krajobrazie pasieki liczące od kilku do nawet setek rodzin. Każda z nich może w szczycie sezonu składać się z dziesiątek tysięcy robotnic zbierających pokarm na obszarze wielu kilometrów kwadratowych.
Co dzieje się wtedy z dzikimi zapylaczami korzystającymi z tych samych kwiatów?
Opublikowane w sierpniu 2026 roku w czasopiśmie „Communications Biology” badanie „Honeybee dominance alters foraging of wild pollinators across Europe” przynosi jedną z najszerszych analiz tego zjawiska w skali kontynentu. Jego autorzy, Lorenzo Marini i Jose B. Lanuza, wykazali, że wraz ze wzrostem dominacji pszczoły miodnej dzikie zapylacze coraz rzadziej korzystają z tych samych roślin i zmieniają strukturę swojej diety.
Nie oznacza to, że nagle odkrywają więcej atrakcyjnych źródeł pokarmu. Wynik jest zgodny z mechanizmem, w którym liczniejszy i skuteczniejszy konkurent eksploatuje najbardziej opłacalne kwiaty, a pozostałe owady są wypychane w stronę zasobów alternatywnych.
Wyniki dotyczące relacji „pszczoła miodna a dzikie zapylacze” można streścić w siedmiu punktach:
Autorzy wykorzystali europejską bazę sieci interakcji roślina–zapylacz EuPPollNet. Sieć zapylania jest zapisem tego, jakie gatunki owadów odwiedzają poszczególne gatunki roślin i jak często dochodzi do tych kontaktów.
Po zastosowaniu kryteriów jakościowych w analizie znalazły się:
Badane owady podzielono na sześć grup: dzikie pszczoły, motyle, bzygowate, pozostałe muchówki, chrząszcze oraz błonkówki inne niż pszczoły. Dzięki temu można było sprawdzić, czy wszystkie grupy reagują na dominację pszczoły miodnej podobnie.
Naukowcy nie liczyli uli znajdujących się przy każdym stanowisku. Mierzyli dominację pszczoły miodnej jako jej udział we wszystkich zarejestrowanych wizytach owadów na kwiatach. To ważne rozróżnienie: praca pokazuje ekologiczne znaczenie dużej liczebności pszczoły miodnej, ale nie pozwala obliczyć uniwersalnej, bezpiecznej liczby rodzin na kilometr kwadratowy.
Pszczoła miodna jest wybitnym generalistą. W analizowanym zbiorze odwiedzała około 50% wszystkich gatunków roślin. Zaledwie 3,5% roślin odwiedzanych przez pszczołę miodną nie miało żadnych innych zarejestrowanych zapylaczy.
Oznacza to, że niemal cała jej baza pokarmowa była współdzielona z innymi owadami.
W przeciętnej sieci pszczoła miodna odpowiadała za 36% wizyt na kwiatach. Rozpiętość była jednak olbrzymia: od stanowisk, na których stanowiła mniej niż 1% obserwowanych zapylaczy, do miejsc, gdzie generowała 98% wszystkich kontaktów z roślinami.
Sama obecność pszczoły miodnej nie przesądza więc jeszcze o wystąpieniu problemu. Kluczowa jest jej dominacja. Jedna rodzina w krajobrazie obfitującym w kwiaty stwarza inną presję niż kilkadziesiąt uli ustawionych przy ubogim siedlisku albo na granicy obszaru chronionego.
Jednym z wyników badania było zmniejszenie specjalizacji pokarmowej dzikich zapylaczy. Wraz ze wzrostem dominacji pszczoły miodnej zaczynały one odwiedzać szerszy zestaw roślin.
Na pierwszy rzut oka może to brzmieć korzystnie. Bardziej urozmaicona dieta kojarzy się przecież z większą dostępnością pokarmu. W ekologii żerowania znaczenie zależy jednak od przyczyny tej zmiany.
Jeżeli zasoby są obfite, zwierzę może koncentrować się na najbardziej opłacalnych roślinach: takich, które dostarczają dużo nektaru lub wartościowego pyłku przy niewielkim koszcie poszukiwania i obsługi kwiatu. Jeżeli atrakcyjny zasób zostaje uszczuplony przez liczniejszego konkurenta, słabszy konkurent musi rozszerzyć dietę, korzystać z mniej preferowanych roślin albo poświęcać więcej czasu na znalezienie odpowiedniego pokarmu.
Autorzy wskazują, że właśnie unikanie konkurencji jest najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem zaobserwowanego wzorca. Dzikie zapylacze rzadziej korzystały z roślin intensywnie odwiedzanych przez pszczołę miodną, a jednocześnie stawały się bardziej generalistyczne.
Nie można jednak wykluczyć, że w części przypadków mniejsza zbieżność wynikała z naturalnego podziału nisz. Niektóre gatunki nawet bez silnej konkurencji wybierają inne kwiaty ze względu na długość języczka, wielkość ciała, budowę kwiatu albo porę aktywności. Dlatego autorzy mówią o wzorcu zgodnym z wypieraniem i unikaniem, a nie o bezpośrednim dowodzie szkody u każdego badanego gatunku.
Wynik szczególnie ważny dla praktyki ochrony przyrody dotyczy różnorodności roślin. Bogatsza flora dawała dzikim zapylaczom więcej możliwości żerowania, ale nie neutralizowała zmian związanych z wysoką dominacją pszczoły miodnej.
Nie oznacza to, że tworzenie i odtwarzanie siedlisk kwietnych jest bezcelowe. Przeciwnie, niedobór kwiatów pozostaje jednym z najważniejszych zagrożeń dla owadów. Badanie pokazuje jednak, że zwiększanie bazy pokarmowej nie może być jedyną odpowiedzią na stale rosnącą liczbę uli.
Jeżeli do siedliska wprowadzamy kolejne rodziny pszczele, zwiększamy równocześnie liczbę konsumentów. Dosiewanie kwiatów może poprawiać sytuację, ale nie daje licencji na nieograniczone zwiększanie obsady pasiek. W pewnym momencie dodatkowy pożytek zostanie przejęty głównie przez dodatkowe pszczoły miodne, a presja na dzikie owady pozostanie.
Liczy się zresztą nie tylko liczba gatunków roślin, lecz także ich obfitość, ciągłość kwitnienia i wartość odżywcza pyłku oraz nektaru. Tych parametrów nowe badanie nie mogło w pełni uwzględnić, ponieważ baza nie zawierała porównywalnych danych o liczebności roślin we wszystkich sieciach.
Reakcje poszczególnych grup nie były identyczne. Autorzy uznali dzikie pszczoły i motyle za grupy szczególnie wrażliwe: wyraźnie rozszerzały dietę, lecz nie były w stanie równie skutecznie ograniczyć kontaktu z zasobami wykorzystywanymi przez pszczołę miodną. Warto przy tym pamiętać, że pszczoła miodna nie jest jedynym zapylaczem łąk, a rzadsze gatunki mogą być niezastąpione dla konkretnych roślin.
Wyniki innych badań wskazują, że silna konkurencja może dotykać zwłaszcza:
W badaniu przeprowadzonym na śródziemnomorskich murawach duże dzikie pszczoły, między innymi z rodzajów Bombus, Anthophora i Xylocopa, były spotykane dalej od pasiek. Autorzy tłumaczyli to ich większym zapotrzebowaniem energetycznym oraz zdolnością do opuszczenia silnie eksploatowanego obszaru. Mniejsza liczba dużych pszczół blisko uli nie musi więc oznaczać natychmiastowej śmierci owadów. Może oznaczać wypchnięcie ich na dalsze, potencjalnie gorsze żerowiska.
Pszczoły miodne zazwyczaj nie atakują dzikich pszczół na kwiatach. Najważniejszym mechanizmem jest konkurencja eksploatacyjna. Jeden gatunek zużywa zasób, zanim skorzystają z niego pozostałe.
Rodzina pszczela ma pod tym względem wyjątkową przewagę:
Kwiat może wyglądać na dostępny, a mimo to zawierać niewiele nektaru lub pyłku, ponieważ wcześniej odwiedziły go setki robotnic. Dzikie owady ponoszą wówczas koszt poszukiwania, przelotów i obsługi pustych albo częściowo opróżnionych kwiatów.
Autorzy nowej pracy wskazują również na możliwość unikania zapachu lub innych śladów obecności pszczół miodnych. Niezależnie od dokładnego mechanizmu skutek przestrzenny może być podobny: dzikie zapylacze zmieniają wykorzystywane rośliny.
Duża skala analizy jest jej siłą, ale narzuca także ograniczenia. Z pracy nie wynika, że:
Analizowane sieci były przede wszystkim obrazem interakcji w określonym miejscu i czasie. Autorzy nie śledzili losów konkretnych populacji przez wiele pokoleń i nie mierzyli liczby wyprodukowanych samic, masy potomstwa ani przeżywalności gniazd.
Praca wykazuje natomiast rozległy, powtarzalny związek: im większa dominacja pszczoły miodnej, tym bardziej zmienia się sposób korzystania z roślin przez pozostałe zapylacze. Dalsze znaczenie tego mechanizmu trzeba oceniać na podstawie eksperymentów terenowych i badań kondycji populacji.
Nowa analiza nie pojawia się w naukowej próżni. Jej wyniki są zgodne z szeregiem badań, w których mierzono dostępność pokarmu, rozmieszczenie dzikich pszczół albo rozwój ich gniazd.
W chronionych zaroślach rozmarynowych na południu Francji Mickaël Henry i Guy Rodet badali obszar, na który w okresie kwitnienia przywożono do 830 rodzin pszczelich. Zagęszczenie przekraczało 14 rodzin na kilometr kwadratowy.
W pobliżu pasiek odnotowano:
Co ważne, konkurencja była widoczna również między samymi rodzinami pszczoły miodnej. Przy wysokiej obsadzie także one zbierały mniej nektaru i pyłku. Oznaczało to, że lokalna pojemność pokarmowa siedliska została przekroczona. Pełny tekst badania.
W Parku Naturalnym Garraf w Hiszpanii przy zagęszczeniu około 3,5 ula na kilometr kwadratowy stwierdzono niższą biomasę dzikich pszczół w pobliżu pasiek. Za różnicę odpowiadała przede wszystkim mniejsza liczebność dużych gatunków. Badanie Torné-Noguera i in..
Nie są to wartości, które można automatycznie przenieść do Polski. Pokazują jednak, że pojemność pokarmowa jest cechą konkretnego miejsca i sezonu, a nie abstrakcyjnym, niewyczerpanym zasobem.
W badaniu nad trzmielem ziemnym (Bombus terrestris) rodziny ustawione blisko dużej pasieki przybierały mniej na wadze oraz produkowały mniej i mniejsze młode królowe niż rodziny umieszczone dalej. Autorzy ostrożnie podkreślali, że porównanie obejmowało dwa stanowiska, ale wynik powtórzył się w dwóch sezonach. Badanie Elbgami i in..
Podobny kierunek wykazała praca z Flandrii. Gniazda trzmieli rozwijały się słabiej w krajobrazach o większym zagęszczeniu pasiek, szczególnie na terenach miejskich. Badanie Meeus i in..
Te doświadczenia pokazują, dlaczego sama zmiana odwiedzanych roślin może mieć znaczenie. Jeżeli zdobycie odpowiedniej ilości pokarmu wymaga dłuższych lotów albo korzystania z mniej opłacalnych źródeł, mniej energii pozostaje na rozwój rodziny i produkcję przyszłych królowych.
Szczególnie czytelnych danych dostarczyło badanie na włoskiej wyspie Giannutri, opublikowane w 2025 roku w „Current Biology”. Na niewielkiej, izolowanej wyspie znajdowało się 18 uli. Badacze okresowo zamykali ich wyloty na 11 godzin, praktycznie wyłączając w tych dniach pszczoły miodne z konkurencji.
Po czasowym wyłączeniu pasieki:
Równolegle, w latach 2021–2024, liczebność miejscowej porobnicy Anthophora dispar spadła o 77%, a trzmiela ziemnego o 87%. Część eksperymentalna bezpośrednio wykazała uszczuplanie zasobów przez pszczoły miodne. Wieloletni spadek populacji był z tym mechanizmem zgodny, choć pozostawał obserwacją obejmującą tylko dwa gatunki w wyjątkowym, wyspowym ekosystemie. Badanie Pasquali i in..
Nowe badanie europejskie nie dotyczyło nawłoci i nie testowało skutków jej usuwania. Nie można zatem przedstawiać go jako bezpośredniego dowodu, że wykoszenie konkretnego łanu nawłoci poprawi sytuację dzikich pszczół.
Praca potwierdza jednak zasadę kluczową dla tej dyskusji: nektar i pyłek są ograniczonymi zasobami współdzielonymi przez wiele gatunków. Zwiększenie liczby rodzin pszczelich zmienia sposób korzystania z tych zasobów przez pozostałe zapylacze.
Nawłoć kanadyjska rzeczywiście dostarcza późnego pożytku. Nie zmienia to jednak faktu, że inwazyjne gatunki obce na łąkach wypierają rodzime rośliny i przekształcają całe siedliska. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska opisuje nawłoć kanadyjską jako gatunek tworzący zwarte płaty, hamujący kiełkowanie i wzrost rodzimych roślin oraz zmniejszający różnorodność flory. Jej miododajność nie unieważnia tych skutków.
Bronienie inwazyjnej rośliny dlatego, że jest bezpłatnym źródłem pokarmu dla prywatnych pasiek, odwraca kolejność odpowiedzialności. Ochrona ekosystemu nie może polegać na utrzymywaniu gatunku wypierającego rodzimą roślinność po to, aby zwiększyć produkcję jednego hodowlanego zapylacza.
Polskie przepisy zaliczają pszczołę miodną do zwierząt gospodarskich. W praktyce jej żywienie opiera się jednak przede wszystkim na nektarze i pyłku pobieranym z pól, lasów, łąk, parków, rezerwatów oraz prywatnych ogrodów znajdujących się w zasięgu lotu robotnic.
To model przypominający wypas, lecz z zasadniczą różnicą. Właściciel bydła lub owiec musi dysponować pastwiskiem albo uzyskać prawo do korzystania z niego. Pszczoły przekraczają granice działek, a pszczelarz nie musi posiadać ani kontraktować powierzchni zapewniającej ustawionym rodzinom odpowiednią ilość pożytku.
Pszczoły są prywatne, podobnie jak pozyskiwany z nich miód. Pokarm pochodzi natomiast ze wspólnych i cudzych zasobów. Dopóki kwiatów jest dużo, a uli niewiele, ten model może nie powodować widocznego konfliktu. Problem zaczyna się wtedy, gdy liczba rodzin przestaje odpowiadać pojemności pokarmowej terenu.
Nie chodzi o karmienie pszczół przez cały sezon syropem cukrowym. Pszczoła miodna potrzebuje naturalnego, różnorodnego pokarmu kwiatowego. Odpowiedzialność pszczelarza może jednak polegać na zapewnieniu dostępu do odpowiedniej bazy pożytkowej, podobnie jak właściciel zwierząt wypasanych odpowiada za dostęp do pastwiska.
W praktyce warto rozpocząć dyskusję o takich rozwiązaniach jak:
Nie istnieje jeden prosty przelicznik, który zadziała na miejskim skwerze, wielkopowierzchniowej uprawie rzepaku i cennej murawie. Odpowiedzialność powinna być dopasowana do miejsca. Brak uniwersalnej liczby nie oznacza jednak, że problemu nie da się regulować.
Pszczoła miodna jest ważna dla rolnictwa, ma ogromne znaczenie kulturowe i gospodarcze, a pszczelarstwo jest częścią europejskiej historii. Konflikt pojawia się dopiero wtedy, gdy zwierzę gospodarskie przedstawia się jako uniwersalne narzędzie ochrony bioróżnorodności albo gdy interes produkcji pasiecznej zaczyna wyznaczać sposób zarządzania siedliskiem przyrodniczym. Takie pozorne działania na rzecz przyrody opisywaliśmy już jako beewashing.
Autorzy badania z 2026 roku nie postulują likwidacji pasiek. Wskazują na potrzebę ustalania minimalnej liczby uli koniecznej do zapewnienia zapylania upraw, zamiast automatycznego zwiększania ich obsady, oraz szukania strategii godzących pszczelarstwo z ochroną dzikich zapylaczy.
W przypadku pasiek nastawionych wyłącznie na produkcję miodu pytanie powinno być jeszcze prostsze: czy zasoby środowiska rzeczywiście pozwalają na utrzymanie planowanej liczby rodzin bez nadmiernej presji na pozostałe owady?
Relacja „pszczoła miodna a dzikie zapylacze” nie sprowadza się do prostego stwierdzenia, że każda rodzina pszczela szkodzi innym owadom. Najnowsze badanie daje jednak mocne podstawy do odrzucenia założenia, że liczba uli jest dla ekosystemu obojętna.
Gdy pszczoła miodna dominuje, pozostałe zapylacze zmieniają sposób żerowania. Eksperymenty terenowe pokazują, że przy silnej presji może się to wiązać z mniejszą dostępnością pokarmu, wypieraniem dzikich pszczół, słabszym rozwojem gniazd i ograniczeniem rozrodu.
Dlatego zamiast pytać, ile inwazyjnej nawłoci należy pozostawić, aby wykarmić wszystkie ustawione w okolicy ule, powinniśmy pytać:
Ile rodzin pszczelich może utrzymać dane siedlisko bez szkody dla dzikich zapylaczy i kto powinien odpowiadać za zapewnienie im bazy pokarmowej?
To nie jest atak na pszczelarstwo. To początek potrzebnej rozmowy o odpowiedzialności za utrzymywane zwierzęta, wspólne zasoby i skutki prowadzonej działalności.
Szukamy osób z całej Polski, które pomogą w terenowym zbiorze liści pospolitych roślin łąkowych. Zebrany materiał trafi do badań genetycznych prowadzonych w ramach europejskiego projektu GenGrassRestore. Nie musisz być zawodowym botanikiem ani botaniczką — ważne są dokładność, uważność i gotowość do pracy według instrukcji.
GenGrassRestore to ogólnoeuropejskie badania genetyczne roślin łąkowych. W Polsce projekt prowadzą naukowcy z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz Uniwersytetu Wrocławskiego.
Celem projektu jest zbadanie zmienności genetycznej roślin łąkowych w Europie, aby lepiej rozumieć, jak chronić i odtwarzać cenne siedliska przyrodnicze.
Nie każda populacja tego samego gatunku jest taka sama. Rośliny z różnych regionów mogą być przystosowane do innych warunków: gleby, wilgotności, klimatu czy historii użytkowania danego miejsca. Ta wiedza ma ogromne znaczenie w ochronie przyrody i renaturyzacji. Pomaga odpowiedzieć na bardzo praktyczne pytania: skąd zbierać nasiona, jak daleko można je przenosić i jak odtwarzać łąki tak, by nie tracić ich lokalnej różnorodności.
Dziś w Polsce wciąż brakuje praktycznych wytycznych dotyczących pochodzenia nasion dzikich roślin łąkowych. W praktyce często sieje się wszystko wszędzie, a nasiona pochodzące z lokalnych populacji są prawie niedostępne.
Zbiory materiału roślinnego będą prowadzone w 56 obszarach poborowych rozmieszczonych na terenie całej Polski. Każdy z nich obejmuje określony region, w którym wolontariuszki i wolontariusze będą szukać odpowiednich stanowisk łąkowych.
Link do mapy google: https://www.google.com/maps/d/u/2/edit?mid=11e5O3WB02BzVCoVMILjCPYDyxXLHPMU&usp=sharing

W formularzu zgłoszeniowym zaznaczysz, z których możesz realnie zbierać materiał. Nie trzeba działać w całym województwie — ważne jest wskazanie tych miejsc, do których możesz dojechać i w których da się przeprowadzić prace terenowe zgodnie z instrukcją.
Szukamy przede wszystkim osób, które mają dostęp do dobrze zachowanych łąk lub pastwisk. Nie chodzi o przydroża, trawniki miejskie ani zieleń urządzoną, ale o siedliska łąkowe, które mogą mieć znaczenie dla badań nad lokalnymi populacjami roślin.
Zadanie będzie polegało na odnalezieniu wskazanych gatunków roślin łąkowych, zebraniu niewielkiej ilości liści zgodnie z instrukcją, opisaniu próbek oraz udokumentowaniu stanowiska. W późniejszym etapie projektu potrzebny będzie również zbiór nasion wybranych gatunków. Będzie to osobne zadanie, realizowane w odpowiednim terminie fenologicznym, kiedy rośliny wydadzą dojrzałe nasiona.
Wolontariuszki i wolontariusze otrzymają szczegółową metodykę, listę gatunków, materiały do zabezpieczenia próbek oraz instrukcję korzystania z aplikacji iNaturalist.
To nie jest tylko spacer po łące — to ważna praca terenowa, w której liczy się dokładność. Od poprawnego rozpoznania gatunku, opisania próbki i zapisania lokalizacji zależy wartość materiału, który trafi później do analiz genetycznych.
Chcesz się zgłosić? Wypełnij formularz rekrutacyjny:
https://forms.gle/3gQ1dtNrVFrCSqUy7
W projekcie zbierany będzie materiał z 20 pospolitych gatunków roślin łąkowych:
Nie musisz znać wszystkich tych gatunków. W formularzu zaznacz, które z nich potrafisz rozpoznać, a osobom zakwalifikowanym przekażemy dodatkowe materiały i instrukcje.
Nie musisz być zawodowym botanikiem ani botaniczką. Ważniejsze są uważność, dokładność, gotowość do nauki i chęć pracy według instrukcji.
Szczególnie zapraszamy osoby, które:
Częścią zadania będzie także dokumentowanie obserwacji w aplikacji iNaturalist – wykonanie zdjęcia rośliny, zapisanie lokalizacji, podanie numeru stanowiska i dodanie obserwacji do projektu.
Osoby zakwalifikowane do udziału otrzymają:
Zależy nam na tym, aby każda osoba wiedziała, na czym polega zadanie, zanim zdecyduje się na udział. Badania terenowe wymagają staranności, ale są też świetną okazją, by realnie wesprzeć naukę i ochronę polskich łąk.
Wypełnij formularz zgłoszeniowy i wskaż, w których obszarach Polski możesz prowadzić prace terenowe.
Po analizie zgłoszeń skontaktujemy się z wybranymi osobami i przekażemy dalsze informacje.
Formularz zgłoszeniowy: https://forms.gle/3gQ1dtNrVFrCSqUy7
Dziękujemy wszystkim, którzy chcą dołożyć swoją cegiełkę do badań nad przyszłością polskich łąk. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu możemy lepiej chronić rodzime rośliny, lokalne populacje i siedliska, od których zależy ogromna część naszej różnorodności biologicznej.
W ostatnich latach coraz więcej osób i instytucji decyduje się na ograniczenie koszenia trawników. To zmiana, która cieszy oko nie tylko miłośników przyrody, ale przede wszystkim same owady zapylające – w tym nasze ukochane trzmiele. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy działania te są niezrozumiane przez otoczenie. „Zaniedbany teren”, „niechlujne podwórko”, „chwasty” – takie komentarze nadal się pojawiają. Dlatego jako Fundacja postanowiliśmy przygotować darmowe tabliczki do pobrania, które jasno i z wdziękiem komunikują:
Nie koszę, bo karmię trzmiele. Nie koszę, bo wspieram dzikie zapylacze.
W tym wpisie opowiadamy, dlaczego warto z nich skorzystać, co możesz zyskać rezygnując z koszenia i jak takie działania wpisują się w szerszy kontekst ochrony przyrody i przeciwdziałania kryzysowi bioróżnorodności.
Standardy estetyczne w miastach i na wsiach przez dekady promowały króciutko przycięty, równo zielony trawnik. Dziś jednak wiemy, że taka zieleń to pustynia dla życia. Regularne koszenie:
Zamiast tego coraz częściej wybieramy łąki kwietne, mikrosiedliska z rodzimych roślin, pozostawianie fragmentów trawnika bez koszenia lub koszenie mozaikowe, czyli ograniczone do wybranych stref i terminów.
To nie tylko bardziej ekologiczne, ale i bardziej estetyczne niż mogłoby się wydawać. Kwitnąca cykoria, dzwonek, szałwia czy chaber to naturalne ozdoby, które ożywiają krajobraz i przyciągają wzrok.
Trzmiele to jedne z najważniejszych dzikich zapylaczy w naszym klimacie. Lataja w chłodne dni, potrafią zapylać rośliny o nietypowych kwiatach, a do tego są bardzo skuteczne i wytrwałe. Niestety, coraz częściej brakuje im miejsc do życia i żywienia.
Dlaczego?
Dlatego tak ważne są wszelkie działania, które pozwalają przetrwać trzmielom – w tym tak prosta decyzja jak NIEkoszenie.
Aby pomóc osobom, które chcą chronić zapylacze, przygotowaliśmy estetyczne, gotowe do druku tabliczki. Każda z nich zawiera jasny przekaz legitymizując pozorny nieład w trawie:






Możesz wydrukować tabliczkę na papierze lub trwałym materiale (np. laminowanym kartonie, dibondzie, sklejce) i umieścić ją:
Tabliczka daje jasny sygnał: tu nie ma bałaganu, tu jest życie.
Wszystkie nasze projekty możesz pobrać bezpłatnie ze strony Fundacji. Zachęcamy do udostępniania ich dalej, wykorzystywania w kampaniach edukacyjnych, projektach szkolnych, akcjach sąsiedzkich. Im więcej takich komunikatów w przestrzeni, tym większa szansa na zmianę społecznej percepcji „estetyki zieleni”.
Razem pokazujmy, że NIEkoszenie to nie zaniedbanie, lecz aktywna troska o bioróżnorodność, klimat i przyszłość nas wszystkich.
Klub Trzmieli
Działamy na rzecz ochrony dzikich zapylaczy i różnorodności biologicznej. Edukujemy, tworzymy przyjazne siedliska, wspieramy działania obywatelskie. Dołącz do nas!
Coraz więcej badań wskazuje, że niedożywienie pszczół jest jednym z kluczowych problemów wpływających na kondycję zapylaczy. W czasopiśmie Nature opublikowano badanie, w którym sprawdzono wpływ nowego dodatku do diety pszczoły miodnej (Apis mellifera). Naukowcy wykorzystali zmodyfikowane drożdże zdolne do produkcji steroli — związków naturalnie obecnych w pyłku roślinnym, których często brakuje w sztucznych substytutach pokarmu stosowanych w pszczelarstwie.
W warunkach eksperymentalnych efekt był jednoznaczny. Kolonie otrzymujące wzbogaconą dietę wychowywały wielokrotnie więcej potomstwa niż kolonie kontrolne, a rozwój czerwiu utrzymywał się przez cały okres trwania doświadczenia. W grupie bez dodatku steroli rozwój kolonii ulegał zahamowaniu.
Ten wynik jest istotny, ale jego znaczenie wykracza poza samą technologię żywienia pszczół.
Badanie wskazuje, że jednym z głównych problemów nie jest brak pokarmu jako takiego, lecz jego jakość. Pszczoły mogą mieć dostęp do dużych ilości nektaru i pyłku, a mimo to pozostawać niedożywione w sensie fizjologicznym. W tym kontekście trafniejsze jest określenie, że są nie tyle głodne, co „niedożywione jakościowo” — podobnie jak organizm, który otrzymuje energię, ale nie dostaje kluczowych składników odżywczych.

To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie. Jeżeli problem dotyczy jakości pokarmu, to nie rozwiąże go proste zwiększenie liczby roślin kwitnących ani dosiewanie kilku popularnych gatunków uznawanych za miododajne. Potrzebne są zasoby, które odpowiadają rzeczywistym potrzebom żywieniowym pszczół.
A te są znacznie bardziej złożone, niż się powszechnie zakłada. Nektar jest przede wszystkim źródłem energii — dostarcza cukrów niezbędnych do lotu i utrzymania aktywności. Pyłek pełni zupełnie inną funkcję. Jest podstawowym źródłem białka, lipidów, witamin i mikroelementów, czyli składników niezbędnych do rozwoju larw, funkcjonowania układu odpornościowego i prawidłowego działania całej kolonii.
Problem polega na tym, że pyłek nie jest jednorodny. Jego skład chemiczny różni się w zależności od gatunku rośliny. Niektóre gatunki dostarczają określonych aminokwasów, inne lipidów, jeszcze inne steroli lub mikroelementów. Dopiero dostęp do wielu różnych źródeł pozwala pszczołom zbilansować dietę.
W tym miejscu widać wyraźnie ograniczenia podejścia opartego na „roślinach miododajnych”. Wiele z nich dostarcza obfitego nektaru lub pyłku, ale nie oznacza to, że zapewniają pełnowartościowe żywienie. Monotonne źródła pokarmu mogą prowadzić do sytuacji, w której pszczoły mają pod dostatkiem kalorii, ale brakuje im kluczowych składników budulcowych.
To zjawisko można porównać do dobrze znanego problemu w żywieniu ludzi. Dieta oparta na wysoko przetworzonej żywności może dostarczać nadmiaru energii, a jednocześnie prowadzić do niedoborów witamin, mikroelementów czy zdrowych tłuszczów. Efektem jest organizm, który formalnie nie jest głodny, ale funkcjonuje w stanie chronicznego niedożywienia. W przypadku pszczół skutki takiego stanu dotyczą nie tylko pojedynczych osobników, ale całych kolonii.
Warto przy tym podkreślić, że badanie dotyczy pszczoły miodnej — gatunku hodowlanego, który w razie potrzeby może być dokarmiany i wspierany przez człowieka. Te same mechanizmy niedoborów pokarmowych dotyczą jednak całej grupy zapylaczy, a ich konsekwencje są znacznie poważniejsze w przypadku gatunków dzikich.
Dzikie pszczoły i inne owady zapylające nie mają dostępu do uzupełniającego pokarmu ani do interwencji człowieka. Ich funkcjonowanie jest bezpośrednio zależne od jakości środowiska. Jeżeli krajobraz nie zapewnia odpowiedniej różnorodności roślin, niedobory pokarmowe przekładają się bezpośrednio na spadek liczebności i zanikanie populacji. Dodatkowo badania wskazują, że w warunkach ograniczonych zasobów pszczoła miodna może konkurować z dzikimi zapylaczami o pokarm, wpływając na ich kondycję i sukces rozrodczy.
W tym kontekście badanie nad „superpokarmem” należy odczytywać jako sygnał ostrzegawczy. Pokazuje ono, że współczesny krajobraz coraz częściej nie dostarcza zasobów odpowiadających rzeczywistym potrzebom biologicznym zapylaczy. Odpowiedź na ten problem nie polega jednak na dalszym rozwijaniu syntetycznych dodatków do diety. Rozwiązanie jest znane i jednocześnie trudniejsze do wdrożenia, ponieważ dotyczy sposobu zarządzania przestrzenią.

Kluczowe znaczenie ma odbudowa i utrzymanie różnorodnych siedlisk: rodzimych łąk kwietnych, miedz, zadrzewień śródpolnych, skrajów lasów i terenów pozostawionych częściowo bez intensywnej ingerencji. To właśnie mozaikowy krajobraz, a nie jednorodne powierzchnie, zapewnia ciągłość i zróżnicowanie pokarmu w czasie.
Istotne jest również ograniczanie obecności inwazyjnych gatunków obcych, które często dominują i wypierają rośliny rodzime, a tym samym zubożają dostępne zasoby pokarmowe.
W praktyce oznacza to także zmianę podejścia do „porządku” w przestrzeni. Regularne koszenie, usuwanie krzewów czy dążenie do estetycznej jednolitości prowadzą do eliminacji wielu cennych siedlisk. Tymczasem to właśnie elementy postrzegane jako nieuporządkowane — dzikie fragmenty roślinności, zróżnicowana struktura, spontaniczna sukcesja — są kluczowe dla funkcjonowania zapylaczy.
Działania na rzecz poprawy sytuacji mogą być podejmowane na różnych poziomach. W skali krajobrazu oznaczają planowanie i ochronę siedlisk. W skali lokalnej mogą zaczynać się od prostych zmian: rzadszego koszenia, pozostawiania fragmentów terenu bez ingerencji, ochrony krzewów i roślinności spontanicznej — ale też od tworzenia niewielkich przestrzeni dla zapylaczy, takich jak nanołączki
Badanie opisujące wzbogacanie diety pszczół nie jest więc opowieścią o nowym rozwiązaniu problemu zapylaczy. Jest raczej przypomnieniem, że podstawowe warunki ich funkcjonowania zostały w wielu miejscach naruszone.
I że ich odbudowa nadal pozostaje w naszym zasięgu.
Więcej informacji o badaniu: https://www.ox.ac.uk/news/2025-08-20-saving-bees-superfoods-new-engineered-supplement-found-boost-colony-reproduction
Co się dzieje na łące na przedwiośniu? Z daleka niewiele: zeszłoroczne źdźbła, szarość, miejscami błoto i kałuże po roztopach. A jednak to właśnie wtedy zaczyna się najdelikatniejsza część sezonu — taka, która przesądza o tym, czy łąka wejdzie w wiosnę spokojnie, czy z potknięciami.
Przedwiośnie nie ma jednej daty. W jednych latach przychodzi już w lutym, częściej w marcu, a w chłodniejszych miejscach potrafi przeciągnąć się nawet do kwietnia. Różnicę robi mikroklimat: czy łąka leży w niecce, gdzie nocą zbiera się zimne powietrze, czy na skłonie, który łapie słońce; czy trzyma wodę, czy szybko przesycha; czy jest osłonięta od wiatru. Czasem ta sama łąka budzi się „pasami”: tu już zieleni się kępa traw, a kilka metrów dalej wciąż wszystko wygląda jak w zimie.
To, co w marcu wielu osobom przeszkadza — suche łodygi, leżące liście, resztki zeszłorocznych roślin — jest dla przyrody czymś w rodzaju kołdry. Chroni glebę przed gwałtownymi wahaniami temperatury, ogranicza wysychanie i daje schronienie temu, czego nie widać: zimującym owadom, pająkom, drobnym bezkręgowcom i całej mikrofaunie. Tuż przy ziemi, wśród suchych źdźbeł, jest po prostu cieplej i bezpieczniej.
Dlatego przedwiośnie to jeden z najgorszych momentów na „porządki na czysto”: grabienie, wyczesywanie, mulczowanie czy zbyt wczesne koszenie potrafią usunąć kryjówki i zimowiska zanim życie zdąży ruszyć. Jeśli gdzieś naprawdę trzeba coś uprzątnąć (np. przy ścieżce), najlepiej robić to punktowo i zostawiać obok nietknięte „wyspy” — żeby zawsze było dokąd uciec.
Przedwiośnie to także czas wody. Po roztopach na łące często pojawiają się zastoiska i płytkie oczka — czasem na kilka dni, czasem na kilka tygodni. Dla człowieka to niewygoda, dla przyrody: start silnika. Wilgotna gleba szybciej zaczyna pracować biologicznie, uruchamia się życie mikroorganizmów, a wraz z nim cała sieć zależności, która później „niesie” rośliny, owady i ptaki.
W tradycyjnym krajobrazie wiele łąk było jeszcze mocniej związanych z wodą: sezonowe wezbrania rzek potrafiły rozlewać się po dolinach, zostawiając osady i tworząc mozaikę mokrych miejsc. Dziś, gdy odpływ wody jest przyspieszany, a rowy często pogłębiane „dla porządku”, łąka traci ważną przewagę: wilgoć na starcie sezonu. A im słabszy start, tym trudniej później przetrwać suchą wiosnę albo letnią suszę.
Na otwartych terenach trawiastych przez dłuższy czas dominują zeszłoroczne trawy. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej, przedwiośnie ma swoje kolory. W miejscach naruszonych — rozdeptanych, rozkopanych, na skrajach ścieżek i dróg — potrafi pojawić się podbiał: małe żółte „słoneczka”, czasem jedne z pierwszych w całym krajobrazie. Na wilgotniejszych fragmentach łąk i przy rowach czy strumieniach złoci się ziarnopłon.
To ważne nie dlatego, że kwiatów jest dużo, ale dlatego, że są wtedy na wagę złota. W ciepłe dni przedwiośnia pojawiają się pierwsi aktywni goście — nieliczni, ale głodni. Dla owadów to czas ryzyka: słońce potrafi obudzić, a mróz wrócić nagle. Każdy wczesny kwiat i każdy bezpieczny, nie „wyczyszczony” zakątek zwiększa szanse, że wiosna wystartuje bez strat.
Zanim łąka zrobi się soczyście zielona, zmienia się niebo. Przedwiośnie to czas ruchu i powrotów: część ptaków przylatuje, część zimowych gości szykuje się do odlotu. Na otwartych terenach zaczynają się toki, przeloty, pierwsze popisy i wybór miejsc na sezon. To kolejny powód, dla którego łąka potrzebuje wtedy spokoju — nie idealnego „porządku”, tylko czasu.
Na przedwiośniu łąka uczy cierpliwości. Wiele rzeczy dzieje się tuż przy ziemi i na granicy widoczności. Ale to właśnie te ciche procesy składają się potem na majowy wybuch życia.
Tworzymy ogólnopolskie projekty, które realnie przywracają naturę do polskiego krajobrazu. Szukamy osoby, która potrafi opowiedzieć o tej misji światu i przekonać partnerów biznesowych, że warto zainwestować w nasze działania.
Wymiar pracy: min. ½ etatu (stała współpraca)
Miejsce pracy: Ziąbki / Hybrydowo
Wynagrodzenie: Podstawa + premia od sukcesu (prowizja)
O nas: Fundacja Kwietna to stabilna organizacja z konkretną wizją. Realizujemy ogólnopolskie projekty przyrodnicze, takie jak „Adoptuj Łąkę” czy „Glebowy Bank Węgla”. Szukamy osoby do stałej współpracy, która stanie się filarem naszego zespołu w obszarze relacji z biznesem i komunikacji marki.
Szukamy osoby, która pomoże nam przywracać łąki do życia – gatunek po gatunku, nasiono po nasionie. Jeśli jesteś fitosocjologiem/fitosocjolożką, czujesz się dobrze w terenie i chcesz realnie wpływać na ochronę przyrody w Polsce – dołącz do naszego zespołu.


Jeśli fitosocjologia to dla Ciebie nie tylko zawód, ale sposób patrzenia na świat – napisz do nas.
Razem możemy przywracać łąkom ich pełne życie. 🌾 Na Twoją wiadomość czekamy na fundacja@kwietna.org
Jesień to najlepszy moment, aby zacząć przekształcać zwykły ogród w ogród biocenotyczny. Gdy przyroda spowalnia, a owady i ptaki szukają schronienia, możemy im w tym pomóc. Zamiast grabić liście i przycinać wszystkie łodygi, warto pozwolić ogrodowi zdziczeć i zacząć działać zgodnie z rytmem natury.
👉 Dowiedz się więcej o bioróżnorodności : Ogrody biocenotyczne
Ogród biocenotyczny to sposób ogrodniczego myślenia i działania, który wychodzi poza estetykę i dekorację. To ogród oparty na zasadach ekologii — projektowany tak, aby wspierać naturalne procesy, lokalne gatunki i relacje między roślinami, zwierzętami, grzybami i mikroorganizmami. Zamiast próbować ujarzmić ziemię i ogrodnicze formy, pozwala przyrodzie działać, ale w świadomie zaprojektowanych ramach.

Najważniejszy pierwszy krok to uważne przyjrzenie się miejscu. Wybór gatunków, które w danymm miejscu będą się dobrze czuły jest kluczowy dla trwałości i ekstensywności ogrodu biocenotycznego. Zanim posadzimy pierwszą roślinę, zatrzymajmy się i sprawdźmy:
Dzięki temu łatwiej będzie wybrać rośliny i rozwiązania, które wpiszą się w naturalny potencjał przestrzeni. Ogród biocenotyczny nie wymaga wtedy uporczywej pielęgnacji – staje się ekstensywny, czyli samowystarczalny i lekki w utrzymaniu.
Rośliny rodzime wyewoluowały razem z owadami i ptakami w naszym klimacie. To one są najcenniejszym wsparciem dla bioróżnorodności.
Gatunki obce często są „martwe ekologicznie” – kwitną, ale nie dostarczają pokarmu zapylaczom. Niektóre stają się wręcz inwazyjne (np. niecierpek gruczołowaty, rdestowce, nawłocie).
Dlatego w ogrodach biocenotycznych zalecamy wyłącznie rośliny rodzime – bezpieczne i wspierające lokalną przyrodę.
Tworząc ogród biocenotyczny, warto pamiętać, że liczy się nie tylko efekt końcowy, ale także droga, jaką do niego dochodzimy.
Takie małe kroki sprawiają, że ogród biocenotyczny staje się nie tylko ostoją życia, ale też przykładem odpowiedzialnego podejścia do zasobów.
👉 Przeczytaj więcej o tym, jak wspieramy przyrodę: Jak pomagamy zapylaczom.
Tworzenie ogrodów biocenotycznych to nie tylko zadanie parków narodowych czy samorządów. Każdy ogród, działka czy balkon może stać się częścią większej sieci wspierającej przyrodę.
Ale także firmy, szkoły i instytucje mają ogromny wpływ. Otoczenie biurowców, hoteli czy urzędów może stać się przestrzenią, która żyje – i wspiera ludzi oraz naturę jednocześnie.
Fundacja Kwietna pomaga biznesowi, samorządom i instytucjom w projektowaniu i tworzeniu aktywnych biologicznie przestrzeni.
📩 Skontaktuj się z nami: www.kwietna.org
Razem możemy ożywić otoczenie i przywrócić przyrodzie należne jej miejsce.
Z tego artykułu dowiesz się jak stworzyć ogród dla motyli, zgodnie z aktualną wiedzą naukową i na bazie naszych wieloletnich doświadczeń. Motyle to nie tylko efektowne ozdoby naszych ogrodów – to także ważne zapylacze i wskaźniki zdrowia ekosystemu. Niestety, ich liczebność na całym świecie dramatycznie spada. Zmiany w użytkowaniu gruntów, powszechne stosowanie pestycydów, utrata siedlisk i zmiany klimatyczne sprawiają, że wiele gatunków motyli zanika.
Na szczęście możesz realnie pomóc – tworząc ogród dla motyli. To łatwiejsze niż się wydaje i nie wymaga dużych nakładów, a przede wszystkim – daje ogromną satysfakcję i wspiera lokalną przyrodę.
Motyle szukają nektaru jako źródła energii, a najczęściej odwiedzają gatunki roślin, z którymi ewolucyjnie są związane. Dlatego najlepszym wyborem będą rodzime kwiaty, które oferują łatwo dostępny nektar w odpowiednich porach roku – od wczesnej wiosny do późnej jesieni.
👉 Przejdź do naszego eksperckiego przewodnika: Rośliny dla motyli – najlepsze gatunki do Twojego ogrodu »
Przykłady polecanych roślin:
Każda z nich wspiera wiele gatunków motyli dziennych i nocnych.
Zewnętrzne źródła:
Kolorowe kwiaty przyciągają motyle, ale to rośliny żywicielskie są niezbędne do przetrwania ich populacji. Gąsienice, czyli larwy motyli, mają często wyspecjalizowane potrzeby pokarmowe i są ściśle związane z konkretnymi gatunkami roślin. Bez nich nie dojdzie do rozmnażania i kolejnych pokoleń.
Na przykład:
Dlatego warto:
Bez roślin żywicielskich ogród będzie dla motyli jedynie przelotnym barem, a nie pełnoprawnym domem.
Zbyt częste koszenie niszczy jaja, gąsienice i poczwarki. Niekoszone fragmenty ogrodu to:
Zostaw nieskoszone 10–20% trawnika lub podsiej go roślinami kwitnącymi – np. przy użyciu Nanołączki dla motyli.
📖 Przeczytaj także: Jak kosić trawnik przyjazny motylom »
Od razu nie zbieraj skoszonej masy:
Ale! Po 1–2 dniach pokos należy usunąć – zbyt gruba warstwa gnije i zubaża siedlisko, prowadząc do wypierania cennych roślin przez nitrofilne trawy.
Motyle potrzebują nie tylko pożywienia, ale też odpoczynku. W ogrodzie warto:
Wydobycie torfu niszczy torfowiska – siedliska rzadkich motyli, np. skalnika torfowca i modraszka błękitka. Zamiast torfu wybieraj podłoża torfowozastępcze (kompost, włókno kokosowe, zrębki).
Pestycydy i herbicydy zabijają wszystkie stadia rozwoju motyli – używaj naturalnych metod ochrony roślin.
Zamiast tego wybieraj rośliny rodzime wspierające pełny cykl życia motyli.
🌍 Ogród dla motyli to ogród pełen życia. Zacznij od małego kroku – np. Nanołączki dla motyli » lub przeczytaj więcej: